| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Zakładki:
Drużyna II edycji:
Kilogramy gubią też:
Polecamy:
Partnerzy akcji:
Drużyna I edycji:
piątek, 05 lutego 2010
NICKNAME ;]

No ale tak motywująco zaadresowanej koperty to jeszcze nie dostałem ;)

Ach te krakowskie fanki...;]

 

środa, 03 lutego 2010
Sałatkowa magia
Otóż to moi drodzy, mówię otwarcie, sałatki to świetna rzecz. Jadałem je również przed rozpoczęciem "odważania się" ale teraz doceniłem ich magię. na ten przykład jedną z moich ulubionych sałatek była sałatka brokułowo-kurczakowa. Jednak jej zasadniczą wadą z punktu dietetycznego odżywiania się jest majonez. Jest on jak wiadomo tłusty, zrobiony z jajek, zawiera masę cholesterolu i panie dietetyczki mogłyby krzyczeć. Tak więc postanowiłem zrobić taką oto sałatkę a jako substytutu majonezy użyć jogurtu. Najpierw podzielę się z wami przepisem:
 
Gotujemy brokuła sztuk jeden
Gotujemy kurczakową pierś sztuk jeden (jak ją gotujemy to można do wody dorzucić trochę uniwersalnej przyprawy, wtedy kurczak nabiera smaku)
Ugotowanego brokuła siekamy nożem, to samo czynimy z kurczakiem, całość do miski i, wsypujemy kukurydzę, sprawia ze dość mdły w smaku brokuł smakuje lepiej. I teraz powinniśmy dodać majonezu, ale jako że jesteśmy na diecie to dodajemy jogurt naturalny, jest on trochę żadszy ale to nic.
 
A teraz wrażenia... PYYYCHAA....!!
 
Oczywiście mam całą gamę sałątek które ani yogurtu ani majonezu nie wymagają, ale właśnie ta należy do moich ulubionych, a w dodatku przygotowanie zajęło mi 20 min. (5 minut szukałem miski)
Enjoy
 
jak uda mi sie zrobić dziś lub jutro to dorzucę fotę ;)
środa, 27 stycznia 2010
Białka roślinne rządzą... nawet jeśli są żółte

Dietetyczka z Rownowagi.eu poleciła mi książkę Gillian McKeith "Jesteś tym, co jesz". Poprosiłam więc Świętego Mikołaja i oto dziś pozycja ta leży przy moim łóżku. Co któryś wieczór, o ile nie padam ze zmęczenia, kartkuję ją w poszukiwaniu ciekawostek.

Nie wszystkim sama poleciłabym tę książkę. Z pewnością nie jest to pozycja dla osób początkujących. Ja sama - choć od roku jestem poważnie wkręcona w tematykę zdrowego żywienia - bywam zszokowana tym, co czytam (autorka proponuje np. regularne jedzenie wodorostów).

Ostatnio wyczytałam tam jednak o przewadze mleka sojowego nad mlekiem krowim, które wg autorki może sprzyjać astmie, katarowi, zmęczeniu i ospałości (a wszystko to mnie niestety dotyczy). A także w ogóle o zbawiennym wpływie białek pochodzenia roślinnego. Podjęłam się zatem szalonego (i kosztownego) eksperymentu, by nie pić mleka krowiego a w pełni zastąpić je mlekiem sojowym.

Nie powiem - sojowe bardzo mi smakuje (szczególnie z pewnymi płatkami śniadniowymi, ale nie będę reklamować :)). A czy są efekty? Dziś, po dwóch tygodniach eksperymentu, muszę stwierdzić, że wypicie kawy z mlekiem krowim przestało być przyjemnością - jeszcze w trakcie picia zaczyna mi coś jeździć po brzuchu i mdli mnie. Nie mam pewności jednak, czy to, że zwykłe mleko mi obrzydło, podniosło jakoś znacząco moją jakość życia. Trudno stwierdzić...

Fizycznie czuję się w miarę dobrze. Przypływu energii wprawdzie nie zaliczyłam, z nosa dalej cieknie - ale za to winić można przecież ekstremalną temperaturę na zewnątrz, która sprawia, że poważnie rozważam każde wyjście z domu - czy aby na pewno jest mi niezbędne :) Więc nie wiem. Eksperyment trwa...

Na fali zainteresowania białkami roślinnymi dokonałam ostatnio w Kuchniach Świata zakupów: soczewica, ciecierzyca, pasta sezamowa (tahina). I grzecznie staram się - zgodnie z zaleceniami dietetyków - conajmniej dwa razy w tygodniu rezygnować z białka zwierzęcego na rzecz strączków. Pisałam poprzednio o moim odkryciu, że warzywa da się jeść w większej ilości, niż dotąd, i tak oto ostatnio przyniosłam sobie do pracy na podwieczorek pokrojone w paski warzywa i osobiście zrobiony humus. Pycha! Jest taki żółciutki, bo nie żałowałam kurkumy (przeczytałam gdzieś, że indyjskie przyprawy działają antyrakowo). 

Powiem wam, że strączki to dla mnie odkrycie epokowe - wcześniej wydawało mi się, że nie ma nic do jedzenie, co byłoby mniej sexy niż fasola i groch, a tu proszę :)

Koniecznie spróbujcie! 

 

foto by Smoła

Mam nadzieję, że zdjęcie działa propagandowo zgodnie z hasłem: "Ludzie, zastąpcie przynajmniej część białka odzwierzęcego białkami roślinnymi!"

12:10, dorota_frontczak , Dorota Frontczak
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Adam od września przytył 3 kg a potem schudł 2 kg

Jestem załamany!!!! Od 1 stycznia jestem znowu na diecie - 5 posiłków, wieczorem tylko sałatki. Już trzy tygodnie nie piję wina, ani kropelki, a pokusy karnawałowe czyhają. W weekendy spacery, marszowym krokiem, minimum 40 minut. I co? NIC!!!! Schudłem marne dwa kg i nawet nie wróciłem do wagi od której rozpoczynałem drugi etap odchudzania. Jak tak dalej pójdzie to sukcesem będzie jak na koniec tej edycji akcji będę ważył tyle ile na początku. I jak tu nie być załamanym?

16:47, dorota_frontczak , Adam Fijałkowski
Link Dodaj komentarz »
Dorota Frontczak od września schudła 4,6 kg

Dziś włożyłam moją ukochaną lnianą spódnicę w kolorze khaki i... przeleciała mi przez biodra. Niestety nie ma szlufek żeby można było ją przytroczyć paskiem, a i przeciera się tu i tam, więc pójdzie do kosza. Zajrzałam dziś do szafy i odkryłam, że wszystkie ciuchy, w których chodzę, kupiłam w ostatnim roku. A te przywiezione w kwietniu z Paryża pójdą wkrótce do obróbki na babcinej maszynie do szycia bo jakoś tajemniczo się rozciągnęły. To jednak różnica zejść z 46 do 40, z XL do M.

W lutym minie rok akcji „Polacy, odwagi” i mojego nowego stylu życia. Nieźle, co? Piszę „życia” bo nie chodzi tylko o jedzenie. Ale też o porządek w głowie - powoli uczę się odróżniać głód od dyskomfortu. A także o poczucie ciała - kiedyś nie chciałam go czuć i o nim myśleć, teraz się tym delektuję. Wchodzę na trzecie piętro i czuję jak napina się każdy mięsień. Ranki zaczynam od rozciągania. A jeśli nie pójdę dwa dni z rzędu na siłownię, w którymś momencie rzucam wszystko i godzinę ćwiczę na podłodze w domu. To ciało się upomina.

W listopadzie walczyłam o to, by zejść poniżej 80 kg. W końcu udało się. A dziś po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłam na wadze 77. Co prawda 77,9 ale zawsze! Tradycyjnie pomogły panie prowadzące dla mnie i Danki warsztaty pyschologiczno-dietetyczne „Równowaga”. Poskarżyłam się im, że wieczorami za dużo jem i poradziły mi pić sok warzywny na podwieczorek, a na kolację jeść zamiast kanapek - sałatkę. I to działa! Warzywa odchudzają jak nic! Dlatego dziś znów przełamię schemat i na obiad zamiast mięsa z kaszą zjem zupę!

16:46, dorota_frontczak , Dorota Frontczak
Link Dodaj komentarz »
Danuta Pawlak schudła od września 3 kg

 

Akcja zbliża się ku końcowi, a mój organizm w gruncie rzeczy dopiero zalogował się do dietetycznej rzeczywistości. Jem modelowe śniadania, zdrowe przegryzki, obiady, których nie muszę się wstydzić przed naszą dietetyczką i tylko czas od południa wzwyż sprawia problemy.

Po południu jakoś tak tęsknię za czymś słodkim. Słodycze z biurek koleżanek jakoś mocniej pachną i w ogóle coś by się zjadło. Tak więc około godz. 16 każdego dnia pojawiają się dylematy a perspektywa odwiedzenia sklepiku na dole staje się coraz bardziej realna.

A w porze kolacji dochodzi już do ciężkich starć między chęcią odstresowania się i „popłynięcia” w znajome klimaty a chęcią osiągnięcia szczupłej sylwetki. Wizja gorącej jajecznicy z cebulką, wędliną i pieczarkami walczy zaciekle ze skromną kanapeczką z rybką i papryką. Auć. Robi się szczególnie niebezpiecznie, gdy z braku czasu nie zjem czegoś małego dwie, trzy godziny po obiedzie i zaczynam intensywnie chcieć zjeść ciastko. Albo dwa.

Sytuacja zmieniła się jednak ostatnio, gdy na popołudnie zaczęłam przynosić do pracy suszone, miękkie i pyszne morele. Mają same zalety: żadnego zachodu w przygotowaniu, są cudownie słodkie a ich jedzenie to czysta przyjemność. Są kaloryczne, to fakt. Ale mój dietetyczny guru Montignac popiera morele i orzechy w całej rozciągłości, a i nasza dietetyczka też się o nich dobrze wyraża, więc zjadam morelki i cieszę się, że dobre. W tej sytuacji spokojnie melduję się na kolację w domu i z niczym nie walczę, tylko zjadam co trzeba. Mój organizm rozpieszczony morelkami nie sprawia problemów i zrzuca pogodnie swoje nadmiary.

16:45, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Dodaj komentarz »
Michał Marcinkowski schudł 12,5 kg

 

Nie lubię, nie lubię, nie lubię. Jak coś się nie udaje. I się nie udało. Nie pozbyłem się planowanych 20 kg, a do końca akcji uda się zapewne 15, jak się sprężę to 16. Nie udał się też sześciopak na brzuchu, ale do wakacji będzie. Nie wiem dlaczego tak się stało, że nie starałem się już tak, jak na początku. Zdarzały się grzeszki w postaci szklanki coli, czy dobrej chińszczyzny. Oczywiście bez przesady, nie jadłem non-stop, i o dobrych nawykach pamiętałem.

Dużo mi dał ostatni tekst Doroty na blogu o delektowaniu się jedzeniem. Rzeczywiście jest tak jak pisała - gdy koncentrujemy się na przeżuwaniu kęsów jedzenia, mniej się mieści w żołądku. Mało tego, mam wrażenie, że nieświadomie stosowałem się do tej zasady już od jakiegoś czasu, ale z innego powodu. Otóż jeśli porcja obiadu jest dwa razy mniejsza niż była kiedyś, to wolniejsze jedzenie działa jak mechanizm obronny organizmu. Zachowuję świadomość że jem, choć w tym samym czasie zjadam o połowę mniej. Sprytne.

Wracając do akcji, która niewątpliwie zmieniła moje życie, a która dobiega mety - mogę śmiało powiedzieć, że jestem z siebie dumny! Udało mi się zmienić kompletnie swoje ciało, sam uważam że wyglądam o wiele lepiej, a znajomi to powtarzają. Gdy widzę gigantyczne spodnie w rozmiarze 38 leżące na dnie szafy płakać mi się chce ze śmiechu. Moje zdjęcie z początku akcji winno być przestrogą dla wszystkich fanatyków diety cheeseburgerowej.

czwartek, 14 stycznia 2010
Uczę się jeść świadomie

Natknęłam się w internecie na informacje o metodzie na odchudzanie brytyjskiego psychoanalityka Paula McKenna. Przede wszystkim sprzedaje on płyty, na których nagrał sugestie, które - gdy będziemy ich codziennie słuchać - zmienić mają nasz sposób myślenia o jedzeniu. Ale oprócz codziennej hipnozy zaleca stosowanie się do pewnych reguł, które podpatrzył ponoć u szczupłych osób.

Oto one:

1. Jedz wtedy, gdy jesteś głodny. Na skali od zera (omdlewam z głodu) do 10 (wymiotuję z przeżarcia) siadaj do jedzenia w okolicy 3-4 i jedz do 6 (zaspokojony ale jeszcze nie napełniony)

 2. Jedz co chcesz. To zasada zgodna z regułą Freuda, że z tym, co wypieramy wiążemy się na całe życie. Jeśli mówisz sobie, już nigdy nie zjem słodyczy, myślenie o ich niejedzeniu będzie kosztować cię energię. lepiej zużyć ja na coś bardziej twórczego.

 3. Jedz świadomie. Grubych ludzi charakteryzuje to, że myślą o jedzeniu cały czas, wyjątkiem jest tylko krótka chwila, kiedy... jedzą. Dzięki wydzielaniu seratoniny czują się jak na haju. Nie smakują jedzenia, nie czują go w ustach i przejadają się.

Postanowiłam to poćwiczyć - po każdym kęsie odkładam sztućce i przeżuwam dokładnie skupiając się na smaku. najlepiej w tym czasie nie rozmawiać, nie czytac i nie oglądać TV. Wtedy - zapewniam - okazuje się, że jedzenie jest baaardzo nudne. No i koledzy nie mają cierpliwości, by czekac aż skończę. Ale faktem jest - jem mniej, bo zdarza mi się zostawić resztki.

4. A to już czwarta zasada: Gdy się najesz - przestań. Wydaje się oczywiste ale my - osoby ze słabością do jedzenia wiemy, że nie jest. Przypominają się wtedy teksty z dzieciństwa, że dzieci w Afgryce głodują, że to grzech wyrzucić jedzenie. Ale ja mam na to broń - cytat z pani psycholog, która prowadzi dla nas warsztaty „Równowaga”: - A co, wolisz zamiast do kosza wyrzucić jedzenie w siebie?

Więc staram się tego nauczyć - zostawić coś na talerzu. Na razie moje "coś" jest maleńkie - w porywach do ośmiu ziarenek ryżu. Ale walczę :)

Jedząc świadomie człowiek ma dużo czasu do refleksji

18:18, dorota_frontczak , Dorota Frontczak
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 stycznia 2010
Pierożki tak, ciasto nie.

Spowiedzi czas:

Święta:

Nie byłem grzecznym chłopcem;)

Żywieniem grzeszyłem, aczkolwiek nie do końca. Np. nie oparłem się wszelkiego rodzaju potrawom świątecznym, pierożkom babci, barszczykowi z uszkami, śledzikom, karpikowi. Po prostu się nie dało i koniec, zresztą wyszedłem z założenia że zapas zrzuconych kalorii  mam i mogę sobie w święta po używać, nie wyszło mi to na dobre, to fakt. I piwka się napiłem, no bo jak się ze znajomymi w święta spotkać i nie napić za renifery?

Aleeee..... mam jeden żywieniowy powód do dumy!!! Nie uległem wypiekom babcinym. Szarlotka, makowiec i sernik kusiły mnie przez 3 dni, a ja twardo i dzielnie im odmawiał, az w koncu się skończyły i problem znikł. Także święta bez ciast i słodyczy. Serio, nawet kawałka czekolady.

Po świętach:

Rozleniwił się człowiek, to fakt, i przyznaje bez bicia, na siłowni po świętach nie byłem...przepraszam. Poprawę obiecuję. Ale jak ostatnio obiecałem że zaszczepię chęć „odważania się” u kumpla, tak zrobiłem, i jutro idziemy razem na siłkę. Tak naprawdę to on zawsze był lepszy z W-Fu i teraz mogę się odegrać;)

Sylwester:

No co tu kryć, sylwestra bez alkoholu to ja ostatni raz spędzałem jeszcze przed wydanie dowodu, więc jakoś tak mi nie uśmiechała sylwestrowa abstynencja. Z drugiej strony byłem już świadom swoich zaniedbań w diecie i nie chciałem przesadzać, dlatego postawiłem na mocny alkohol, żadnego piwka ani szlachetnych szkockich trunków. Z dostępnego jedzenia skorzystałem w zakresie sałatek. Ciasteczka, chipsy zostały przeze mnie porzucone już dawno i nie tęsknie za nimi. Ani trochę.

Święta za nami, nowy rok w trakcie, więc pora obudzić się ze snu w którym tłuszcz spala się sam i wrócić na siłownie i do ściślejszej diety ;)

Bilans: Okres święta – sylwester +1kg  ];-|

W Nowym Roku

Mam taką tradycję, że z okazji Nowego Roku, zawsze gdzieś koło południa 1 stycznia robię sobie takie zestawienie wg tego samego od lat schematu: co mi się udało i co było fajne w danym roku, co mi się nie udało i czego za nic w świecie nie powtórzę oraz listę życzeń na kolejny rok.
W poszukiwaniu inspiracji zajrzałam do zapisków z początku 2009 i znalazłam w życzeniach takie punkty:
- schudnąć do 56 kg (albo chociaż 15 kg)
- przestać kupować warzywa tylko dla świnek
(pani z przdomowego supermarketu zapytała mnie kiedyś co zamierzam zrobić
wyrafinowanego z obecnego w koszyku buraka, marchwii, jabłka i cykroii - sałatkę może?;
powiedziała również jak bardzo mnie podziwia, że zawsze kupuję takie zdrowe jedzenie: 
cykorie, sałaty, buraki i pietruszki)
- lepsza kondycja
oraz zwyczajowe życzenia sukcesów, szczęścia i wszelkiej pomyślności.

To było fajne porównanie, bo moje życzenia na 2009 spełniły się w 99%!
Schudłam 11 kg (życiowy rekord), warzywa weszły na stałe do mojego menu a dzięki orbitrekowi, rowerkowi i stepperowi oraz regularnym wizytom na siłownii - zrozumiałam co znaczy mieć kondycję.

W życzeniach na 2010 rok, wpisałam sobie:
- konsekwentnie schudnąć :)
- chodzić na jogę

Jak na razie idzie mi całkiem fajnie. Znowu wzięłam się do gotowania i proszę bardzo, od Świąt do teraz - 1 kg.

Może to nie idzie szybko ale idzie.  A propos chodzenia: w przyszłym tygodniu wybieram się na pierwsze zajęcia z jogi :)

 

 

10:44, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16