| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Drużyna III edycji
Kilogramy gubią też:
Polecamy:
Partnerzy akcji:
Poprzednia edycja:
piątek, 19 lutego 2010
Danka: To nie koniec, chudnę dalej

Trudno uwierzyć, że mija rok, od kiedy zaczęłam się odchudzać na waszych oczach. Nie przypuszczałam, że moje życie tak fajnie się dzięki temu zmieni. Nie tylko schudłam, ale zupełnie inaczej jem! Bardziej świadomie wybieram jedzenie i cieszę się różnymi smakami. Dla kogoś, kto uważał, że kanapka z wędliną to idealne śniadanie, pizza to świetny obiad, a chipsy są super na kolację - to rewolucja!

Kiedy rok temu dietetyczka z Vitalii powiedziała, że w ciągu czterech miesięcy schudnę 17 kg, niespecjalnie się tym przejęłam. Po prostu nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić! Pięć kilogramów wydawało się realne, ale więcej niż dziesięć? Na starcie bardzo się denerwowałam. Obawiałam niezjadliwego jedzenia w śladowych ilościach, które sprawi, że będę mierzyć czas od posiłku do posiłku. Zastanawiałam się  - jak to będzie na siłowni? Sami pakerzy i „pyza mazowiecka”?.
Pamiętam pierwsze wyprawy do sklepu z wydrukiem listy zakupów z serwisu Vitalia: kefiry, kasze, szpinak, ryby i owoce w takich ilościach, że musiałam upychać składniki w dodatkowych szafkach. Pierwsze podejście do kaszy ze szpinakiem w sosie śmietanowym i zdziwienie na widok ryby z warzywami upieczonymi w folii.

W miarę upływu czasu, gdy testowałam te dietetyczne nowiny, nabierałam zaufania do innego, zdrowego jedzenia i do samej siebie. Polubiłam siłownię, a moje ciało polubiło wysiłek. Pierwsze rezultaty były widoczne już po dwóch miesiącach. Zmieniłam rozmiar ubrania na o jeden mniejszy i cieszyłam się, jakbym wygrała milion w totka. A potem znowu na o jeden mniejszy. Wtedy, po raz pierwszy od prawieków, kupiłam przepiękną spódnicę.
A potem było ciężko: te wszystkie lody i placki z łososiem. Summa sumarum, na początku września zeszłego roku miałam znów z czego chudnąć. Jesienne chudnięcie okazało się trudniejsze. Mało światła, mało owoców, zimno! Waga szła w dół i w górę. Rezultat końcowy jest jednak dobry. I to nie koniec, bo wciąż chudnę.

11:49, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Danuta Pawlak schudła od września 3 kg

 

Akcja zbliża się ku końcowi, a mój organizm w gruncie rzeczy dopiero zalogował się do dietetycznej rzeczywistości. Jem modelowe śniadania, zdrowe przegryzki, obiady, których nie muszę się wstydzić przed naszą dietetyczką i tylko czas od południa wzwyż sprawia problemy.

Po południu jakoś tak tęsknię za czymś słodkim. Słodycze z biurek koleżanek jakoś mocniej pachną i w ogóle coś by się zjadło. Tak więc około godz. 16 każdego dnia pojawiają się dylematy a perspektywa odwiedzenia sklepiku na dole staje się coraz bardziej realna.

A w porze kolacji dochodzi już do ciężkich starć między chęcią odstresowania się i „popłynięcia” w znajome klimaty a chęcią osiągnięcia szczupłej sylwetki. Wizja gorącej jajecznicy z cebulką, wędliną i pieczarkami walczy zaciekle ze skromną kanapeczką z rybką i papryką. Auć. Robi się szczególnie niebezpiecznie, gdy z braku czasu nie zjem czegoś małego dwie, trzy godziny po obiedzie i zaczynam intensywnie chcieć zjeść ciastko. Albo dwa.

Sytuacja zmieniła się jednak ostatnio, gdy na popołudnie zaczęłam przynosić do pracy suszone, miękkie i pyszne morele. Mają same zalety: żadnego zachodu w przygotowaniu, są cudownie słodkie a ich jedzenie to czysta przyjemność. Są kaloryczne, to fakt. Ale mój dietetyczny guru Montignac popiera morele i orzechy w całej rozciągłości, a i nasza dietetyczka też się o nich dobrze wyraża, więc zjadam morelki i cieszę się, że dobre. W tej sytuacji spokojnie melduję się na kolację w domu i z niczym nie walczę, tylko zjadam co trzeba. Mój organizm rozpieszczony morelkami nie sprawia problemów i zrzuca pogodnie swoje nadmiary.

16:45, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2010
W Nowym Roku

Mam taką tradycję, że z okazji Nowego Roku, zawsze gdzieś koło południa 1 stycznia robię sobie takie zestawienie wg tego samego od lat schematu: co mi się udało i co było fajne w danym roku, co mi się nie udało i czego za nic w świecie nie powtórzę oraz listę życzeń na kolejny rok.
W poszukiwaniu inspiracji zajrzałam do zapisków z początku 2009 i znalazłam w życzeniach takie punkty:
- schudnąć do 56 kg (albo chociaż 15 kg)
- przestać kupować warzywa tylko dla świnek
(pani z przdomowego supermarketu zapytała mnie kiedyś co zamierzam zrobić
wyrafinowanego z obecnego w koszyku buraka, marchwii, jabłka i cykroii - sałatkę może?;
powiedziała również jak bardzo mnie podziwia, że zawsze kupuję takie zdrowe jedzenie: 
cykorie, sałaty, buraki i pietruszki)
- lepsza kondycja
oraz zwyczajowe życzenia sukcesów, szczęścia i wszelkiej pomyślności.

To było fajne porównanie, bo moje życzenia na 2009 spełniły się w 99%!
Schudłam 11 kg (życiowy rekord), warzywa weszły na stałe do mojego menu a dzięki orbitrekowi, rowerkowi i stepperowi oraz regularnym wizytom na siłownii - zrozumiałam co znaczy mieć kondycję.

W życzeniach na 2010 rok, wpisałam sobie:
- konsekwentnie schudnąć :)
- chodzić na jogę

Jak na razie idzie mi całkiem fajnie. Znowu wzięłam się do gotowania i proszę bardzo, od Świąt do teraz - 1 kg.

Może to nie idzie szybko ale idzie.  A propos chodzenia: w przyszłym tygodniu wybieram się na pierwsze zajęcia z jogi :)

 

 

10:44, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Ha, zwycięstwo

Zwycięstwo człowieka nad Świętami.

Po raz pierwszy w Święta:

a) nie przejadałam się

b) zjadłam o połowę mniej wszystkiego niż przewiduje świąteczna norma

c) zamiast oglądać TV - chodziłam na długie spacery do okolicznych lasów, a wszystko to
w odpowiednim tempie

d) zamiast kupywać karpie, zasmażki, schaby i inne takie, kupiłam mnóstwo warzyw i korzystając z wolnego czasu... tadam! zaczęłam gotować. Zdrowo i co najważniejsze, smacznie.

Co za odmiana. Zazwyczaj nie mam na to czasu i po prostu kupuję najprostsze składniki z których wychodzą takie śniadania/kolacje jak: bułka grahamka+ogórek+jogurt+wędlina.


W trakcie świątecznego gotowania na pierwszy ogień poszła potrawka z bakłażana i pomidora + fasola. Potem zjadło się pęczak ze szpinakiem w sosie śmietanowym i z koperkiem na ten pęczak. Dobry był, oj dobry.

Dziś na kolację będą natomiast pieczone warzywa z pieczarkami i żytnim makaronem.

Super, no nie?

No i najważniejsze: schudłam w te Święta 0,5 kg! praktycznie bez większego wysiłku :)

 

 

 

16:58, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Danka: Ranna w wojnie świnek morskich

Półmetek akcji za nami, przyszedł więc czas, aby ujawnić nieco dziwny stan rzeczy. Otóż od września schudłam łącznie 7,5 kg, z czego dwa kg w ciągu ostatnich dwóch dni. Niestety jest tez druga wiadomość: w tym samym czasie przytyłam 6,5 kg. Bilans diety na grudzień: -1 kg.
We wrześniu straciłam 2,5 kg, w październiku powitałam 2 kg. To z niejasnych przyczyn mających chyba związek z wypadami do miasta, paczką żywnościową od mamy, spontanicznym przyjęciem itd.

fot. Michał Mutor/AG

W listopadzie inwentarz domowy nr 1 zaatakował inwentarz domowy nr 2 i przy okazji jedna ze świnek morskich o mało nie odgryzła mi palca prawej ręki. Torba na siłownię powędrowała na przysłowiowy kołek, bo palec przy każdym ruchu bolał jak wściekły. Nauczyłam się pisać lewą ręką, ale obieranie np. pomidorka, czy krojenie ogórka oraz wszelkie bardziej skomplikowane czynności kuchenne trzeba było na miesiąc zawiesić. Na skutek kontuzji, jadłam więc przez pierwszą połowę listopada głównie jogurt, jabłka i banany. Po trzech tygodniach waga pokazała bardzo przyjemny dla oka rezultat.

Ale wtedy zrobiło się chłodniej i straciłam serce do zimnych jogurtów. Wstyd przyznać ale najbardziej smakowały mi po tym jogurtowym reżimie gorące placki ziemniaczane z łososiem i kwaśną śmietaną. Waga odnotowała to wzmożone zainteresowanie plackami, gdy nadszedł grudzień. W pierwszej połowie nawał pracy pomógł spalić kilogramy uzyskane dzięki plackom i jak mówi Dorota: - Mam się tego trzymać! To nie takie proste, zwłaszcza gdy odchudzanie pokrywa się z mnóstwem nie zawsze przyjemnych spraw w życiu, na które do tej pory, zawsze pomagało coś dobrego. Ale postaram się. Będę jeść lepiej i mądrzej - w końcu robię to dla siebie.

11:44, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009
Danusia: Spodnie znów są łaskawe

Te 2,5 kg to schudłam tak naprawdę w ostatnie dwa tygodnie. Pierwsza połowa miesiąca zeszła mi na pożegnaniach z ciastkami i batonami.

Spodnie na wysokości pasa znów są łaskawe, ciepłe swetry nie przylegają tak ciasno – słowem, różnice zaczynają być odczuwalne. Łatwiej mi najeść się mniejszą porcją jedzenia i ręka już nie drży przy omijaniu półki z majonezem w sklepie.

Jestem bardziej otwarta na zdrowe jedzenie i przestrzeganie zasad komponowania posiłków. I to procentuje! Poza tym korzystam z tego, że na każdym rogu sprzedawane są pyszne, świeże jabłka i zjadam je, gdy tylko mam chęć na coś słodkiego.

Naprawdę lubię ćwiczyć, ale nie rano. Przyznaję się bez bicia, że poniosłam porażkę w zderzeniu z rzeczywistością wstawania o 5 rano, żeby zdążyć na 7 na siłownię. Nieludzka pora, niezliczona liczba toreb do targania plus częste zmiany środków komunikacji sprawiły, że zdecydowałam się chodzić na siłownię wieczorem, i to do klubu, który mam bliżej domu. Wielu osobom ćwiczenia na siłowni nie odpowiadają, ale dla mnie to chwile wytchnienia. Wybieram urządzenia, które lubię najbardziej, zakładam na uszy odtwarzacz MP3 i odpoczywam. Dzięki temu rozwiązał się też problem z bezsennością - gdy już dojdę z siłowni do domu, zasypiam na stojąco.

18:10, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 października 2009
Dziś o poranku

Jadę sobie, jadę do pracy i myślę, że jeszcze bym coś zjadła. Przesiadam się w centrum i ruszam do metra, zastanawiając się czy fakt, że burczy mi w brzuchu jest tylko moją prywatną tajemnicą czy też wie już o tym każdy zaspany człowiek w promieniu 10 m.
Mijam sklepy spożywcze, ciastkowe, kanpkowe:  zjeść czy nie zjeść, zjeść czy nie zjeść, zjeść czy....


Wchodzę na peron i co widzę na 2 metrowym infoscreenie na ścianie?

"Trudno dyskutować ze swoim żołądkiem, bo nie ma uszu". Plutarch

:D

 

19:31, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 października 2009
Będąc na diecie

Nie jestem nociwcjuszką jeśli chodzi o odchudzanie ale mimo tego wejście "na jedyną słuszną drogę" nie jest do końca bezbolesne. No ale po prostu trzeba się najpierw przestawić a potem przyzwyczaić (do dobrego :).

No więc tak: dieta z Vitalii już jest, karnet na siłownię jest, spotkania z paniami psycholog i dietetyczką w toku.
Długo czaiłam się, żeby zajrzeć na stronę Vitalii (strach przed sałatką buraki + jabłko) ale kiedy już się odważyłam, zobaczyłam bardzo przyjemne zapowiadające się posiłki. Na przykład śniadanie składające się z kanapki z makrelą, pomidorkiem i herbatą. Lubię wszystkie składniki więc super. Na obiad: parę łyżek kaszy i całe opakowanie szpianku w sosie śmietanowym - uwielbiam! Zamiłowanie do szpinaku zostało po pierwszej edycji i szpinak z czosnkiem w sosie śmietanowym wyawansował się na pozycję ulubionego dania. Kolacja: w porządku. I przegryzki między posiłkami głównymi: orzechy, suszone, owoce.
Tak więc nie ma się co bać - na diecie można sobie smacznie zjeść.
Co prawda na początku jedna na kanapka na śniadanie zawsze kończy się za szybko ale primo: można wcześniej łyknąć nieco błonnika (np. w pastylkach), który napęcznieje w żołądku i jedna kanapka będzie akurat, secundo: już podczas śniadania warto "umówić się" ze sobą na ... drugie śniadanie, gdzie w roli głównej wystąpi np. pyszny jogurcik lub super jabłko.

Siłownia. To dla mnie to najfajniejszy element postępowania dietetycznego, serio!
Jest tam wiele urządzeń na których ćwiczenia to sama przyjemność np. orbitrek, stepper, rowerek i bieżnia. Personalizuję wszystko co popadnie a tam mam wiele możliwości w tym zakresie: jak się danego dnia czuję silniejsza to rowerek przerabia program górski, jak nieco słabiej to jadę wg programu fitness 3 i też jest bardzo fajnie.
Jak się do tego doda mp3 z ulubiona, energetyczną muzyką - to można tam siedzieć
i pedałować w nieskończoność.

Zaplanowałam sobie, że będę chodzić na siłownię 2 x w tygodniu przed pracą i raz w tygodniu w sobotę lub niedzielę. Wstawanie o 5:20 rano może być trudne ale za to jak mi się poprawi współczynnik punktualnego docierania do biurka!

 

 

 

11:36, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 września 2009
Danusia: Potrafię już zostawić pół zawartości talerza

Kiedy Dorota napisała, że akcja będzie miała drugą odsłonę i co myślę o dalszym udziale, myślałam, że z radości rzucę się jej na szyję przez łącza.
Tak, udało mi się ładnie schudnąć wiosną i tak, ubrania zaczęły się układać a przestały opinać ale .... szczęście nie trwało długo bo przytyłam cztery kg! W trakcie trwania pierwszej edycji akcji miałam cały czas głowę w grze: po jej skończeniu  w czerwcu, wyciągnęłam się wygodnie w fotelu i... przestałam rygorystycznie pilnować głowy, posiłków oraz niekontrolowanych skrętów do sklepowych półek z chipsami.

Nie we wszystkim dałam jednak plamę, o nie! Pewne zwyczaje z pierwszej części akcji bardzo ładnie się przyjęły np.  spożycie czekolady i ciastek na bardzo niskim poziomie, codzienne chodzenie na piechotę dwóch pierwszych przystanków do pracy i z pracy, planowanie posiłków z uwzględnieniem składników potrzebnych całemu organizmowi, a nie tylko z tymi przymilającymi się do kubków smakowych. Co więcej: przestałam się przejadać – jak nie jestem głodna, potrafię nawet nie zjeść połowy zawartości talerza! (Wyjątkiem są placki ziemniaczane z łososiem lub grzybami).
Ale wracając do stanu obecnego. Myśląc o tych dodatkowych czterech kilogramach i o tym, jak łatwo było zacząć chodzić żywieniowo na boki, zrozumiałam co następuje: większą część swojego życia źle jadłam, a naprawienie 20 lat błędów może zająć więcej czasu niż cztery miesiące I czy II edycji akcji. Tak więc teraz, w drugim etapie będę się koncentrować nie na  bardzo szybkich efektach, tylko na trwałej zmianie stylu życia. 
Uda się, naprawdę w to wierzę. A przy okazji będzie fajnie, bo już się umówiłyśmy z Renatą i Dorotą na siłownię.

16:33, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 czerwca 2009
Danka schudła 11 kg!

Skoro mi się udało, to znaczy, że to naprawdę jest możliwe! Do tej pory nie spotkałam osoby, która bardziej ode mnie  lubiłaby sobie dogadzać, miała wstręt do zdrowego jedzenia i odruch ucieczkowy na widok kasety DVD z ćwiczeniami. Teoretycznie nie powinno mi się udać. A jednak... Bardzo chciałam, bardzo mi zależało i bardzo się starałam.

Szczerze wyznaję, że jadłam, ćwiczyłam raczej w zgodzie ze sobą niż ze wskazaniami ekspertów. Pilnowałam, żeby było rozsądnie, zdrowo i smakowicie, na siłowni ćwiczyłam tylko to co lubiłam i nie miałam problemów egzystencjalnych gdy raz w miesiącu zdarzyło mi się zjeść kawałek ciasta. I tak schodził sobie kilogram za kilogramem. Aż przyszedł kryzys i zaczęło się robić bardzo trudno. Przestałam chudnąć i zaczęłam się martwić. Przez trzy tygodnie waga ani drgnęła. Ten impas, ta chęć rezygnacji z diety i powrotu do starych przyzwyczajeń to była po prostu udręka. Ale się nie poddałam! Potem schudłam jeszcze dwa kg.

Za nic w świecie nie chcę wrócić do stanu wyjściowego. Bardziej wysportowana, szczuplejsza i w bluzce w niebieskie paski czuję się naprawdę świetnie. W końcu podobam się sama sobie.

fot. Michał Mutor/ AG

14:20, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2009
Z nosem przy ścianie

Pisałam 3 tygodnie temu, że u mnie kryzys. Że ser żółty, że do siłowni daleko, że nie wiadomo co się dzieje. Od tamtego czasu waga wykazała jeden kilogram mniej i póki co jest stabilna, w związku z czym od 3 tygodni ważę 81 kg. Po raz pierwszy w życiu odchudzam się tak długo i po raz pierwszy tyle schudłam. Teraz jest impas i czuję się tak jakby moja psychika i ciało nabierały powietrza przed długim zanurzeniem w kolejną fazę chudnięcia.

Te 3 tygodnie to naprawdę bardzo ciekawy czas w moim życiu. Kiedy człowiek staje z nosem przy murze i ani w te ani we wte - może się o sobie dużo dowiedzieć. O tym czego potrzebuje, jak reaguje, co go podnosi, co motywuje. Ostatnio ćwiczę więc ze sobą różne warianty, żeby się znowu do odchudzania zachęcić np.:                        

- powiesiłam bluzkę w niebieskie paseczki na szafie, żeby widzieć codziennie, że jest coś fajnego, co niedługo będę mogła włożyć. Na tej samej zasadzie kupiłam piękny płaszcz.

- rozwiesiłam w różnych miejscach kartki z własnoręcznie nasamrowanymi afirmacjami dotyczącymi tego na czym mi zależy. Gdy się budzę - to pierwsza rzecz, którą widzę, co mnie dość dobrze nastraja.

- uważam na znaki, szczególnie gdy jest ciężej niż zwykle. To metoda zapożyczona z "Alchemika". Dziś rano w drodze do pracy, doszłam do wniosku, że czuję się tak smutna, że zjem batona. W końcu chuda dziewczyna przede mną właśnie kupiła dwa, dlaczego ja nie miałabym zjeść jednego? Już trzymałam w ręku batona w wersji XXL, kiedy sprzedawczyni wymieniła gazety na froncie i co wylądowało przed moim nosem? Superlinia. Na okładce szczupła dziewczyna obok niej lead mówiący o schudnięciu 42 kg. Zobaczyłam jak jem tego batona, kolejnego i jestem grubsza o te 42 kg. Odłożyłam batona i kupiłam picie bez cukru.

- nie chodzę do miejsc gdzie dają słodycze. Omijam cukiernie i piekarnie szerokim łukiem - niestety obecnie znów robią na mnie wrażenie.

- jak nie mogę iść na siłownię - wymyślam sobie zamiennik, żeby utrzymać nawyk ruchu np. idę na szybki spacer do lasu

- tłumaczę sobie, że klasę zawodnika poznaje się nie po tym, że nie upada, ale po tym jak z tego upadku wstaje. No więc każdego dnia zaczynam nowy dzień diety. Każdego dnia planuję i ordynuję sobie białe serki, rzodkiewki, razowca, pomidory i szpinak. Co jakiś czas zaliczam wpadkę - ale idę dalej. W końcu organizm się przestawi i znowu będzie gotowy na chudnięcie - a wtedy ja i moje zdrowe nawyki też będziemy gotowi do efektywnego działania.

Fakty są takie, że naprawdę po raz raz pierwszy aż tyle schudłam... a jakoś rzadko o tym pamiętam. Kiedy tak człowiek w kółko myśli o tym ile nie schudł a powinien - to wcale nie jest motywujące. Wręcz przeciwnie!

Tak sobie myślę, że poproszę Hanię, żeby zrobiła mi zdjęcie w nowych pięknych ubraniach w rozmiarze 44. Powieszę je sobie na lodówce, żeby widzieć jak pozytywnie się zmieniłam , ile dokonałam i mieć zachętę do sięgania w kierunku białego sera a nie półki z majonezem.

10:11, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Koło ratunkowe w pasie
Schudłam 8 kilogramów! Słyszycie? Sama nie mogę w to uwierzyć! Jeszcze tylko drugie tyle i będę ważyć mniej niż na 5 roku studiów.

Najbardziej schudły mi nogi i biodra – straciłam tam 11 cm! To efekt strategii zakładającej, że ćwiczenia na siłowni powinny odbywać się trzy razy w tygodniu, trwać 1,5 godz. i składać się z biegania, wspinania i pedałowania. Mój chytry plan nie przewidywał brzuszków. W efekcie mam szczuplejsze nogi i biodra, lepsze proporcje klatki piersiowej i… koło ratunkowe w pasie. Z podkulonym ogonem wracam do brzuszków.

fot. Michał Mutor/ AG

15:09, dorota_frontczak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (5) »
niedziela, 26 kwietnia 2009
Kryzys

Za oknem piękna wiosna, a mnie dopadł przepowiadany przez nasze psycholożki kryzys. Nie jest dobrze. Jestem strasznie zniechęcona, podłamana i mam literalnie zerową ochotę na "tekturę", siłownię i abstynencję żółto serową.

Widok w lustrze nie cieszy, wciąż nie wchodzę w bluzkę w granatowe paseczki, waga stoi w miejscu  i znowu męczę się na widok tych wszystkich ludzi, którzy wciąż i bezlitośnie jedzą lody, szarlotki, karkówki i kebaby. W pracy wywąchałam ostatnio tort czekoladowy, który Dorota trzyma w biurku i trochę mnie skręciło gdy szef spokojnie zajadał ulubione poranne ciastko. Wytrzymałam dzielnie, bo Dorota siedzi daleko a szefowskie ciastko nie miało czekolady. Ale coś takiego po 2 miesiącach słodyczowej abstynencji? przecież już było tak dobrze, nawet tort karmelowy  z Cheescake nie śnił mi się od dawna!

Niedobrze, niedobrze.

Bo od wczoraj popełniam dietetyczne wykroczenia polegające na jedzeniu częstszym niż ustawa przewiduje. Znowu czuję się głodna. Na dodatek zjadłam 20 dkg żółtego podwędzanego sera. Współwinna jest Hania, która weszła wczoraj do mnie i krzyknęła: zgadnij, co pysznego kupiłam? Taaak... po 2 godzinach ser stał się wspomnieniem a ja nie miałam nawet cienia wyrzutów sumienia bo byłam zajęta planowniem skąd by tu wytrzasnąć kolejne 20 dag! Opamiętałam się gdy zobaczyłam na oparciu krzesła moją ulubioną bluzkę: to nie ser pomógł mi się w niej znaleźć!

Dzisiaj wszystko byłoby cudownie gdyby nie kiełbaska z grilla i pierogi ze szpinakiem (2) i również 2 nadprogramowe kromki pysznego chlebka z margaryną.  Przede mną męka mierzenia się z wieczornym podjadaniem i dwugodzinne starcie z jutrzejszym wyśmienitym jedzeniem serwowanym na śniadniu prasowym. Co się ze mną dzieje? kiedy to się skończy?

Mam nadzieję, że jakoś się pozbieram i znajdę w sobie tyle woli i motywacji, żeby nie dać się i dojść dziś na siłownię...

16:18, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (2) »
środa, 08 kwietnia 2009
83! 83! Hurrraaa!!!!

Dziś rano moja waga zmierzona o godz. 5:30 powiedziała beznamiętnie: ważysz koleżanko 83 kg.

To oznacza, że od początku akcji schudłam już 7kg!

Nastała jasność. Z lustra wyłoniła się NOWA, krągła a nie gruba, osoba.

Chwilowo bez ubrań. Bo stare nie pasują nic a nic!

 

09:42, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Komentarze (2) »
wtorek, 24 marca 2009
Spodnie na wietrze

Od wczoraj oglądam się w każdym jednym lustrze/lusterku lub powierzchni szklanej. Oglądam się i oglądam, bo dopiero wczoraj jakoś tak okazało się, że ciasne kiedyś ubrania - wiszą. Jak to się stało? nie wiem. Jeszcze niedawno były po prostu wygodne. Teraz moje spodnie rozmiaru 46 wiszą i powiewają a w tak wietrzną pogodę jak dzisiejsza - łopoczą na wietrze.

Swobodny zwis spodniowy dał mi do myślenia i wdziałam piękną bluzkę, którą kupiłam i nie nosiłam bo była ciasna jak nie wiem co. Kontemplowałam swoje odbicie w pięknej bluzce i doszłam do wniosku, że też jej raczej nosić nie będę. Bo jest za obszerna.

Drżącą ręką sięgnęłam po spodnie rozmiar 44 kupione jakiś czas temu. Kupiłam je w momencie gdy moje wszystkie ubrania były rozmiaru 48. Nowe spodnie kupiłam w styczniu, z nieśmiałą nadzieją, że może ta dieta coś da, że może się uda i że pewnego dnia je założę... może. Ten pewien dzień nadszedł dziś :)

Dziś pójdę też wyszukać spódnicę rozmiaru 42 o jakiej zawsze marzyłam. Kupię po wypłacie. Z taką małą nadzieją, że za jakiś czas przywitam w niej wiosenne słońce :)

 

17:48, danusia_pawlak , Danuta Pawlak
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2